30 maja 2015r. (sobota)
Rozdział dedykuję Ashley Red <333
Dziękuję za takie motywujące komentarze, kocham ;*
Violetta
Poczułam dłonie Leona na swoich ramionach. Nie odwróciłam się. Nie chciałam. Mimo, że go kocham, nie chcę, żeby się o mnie teraz martwił. Jest wesele, a ja popełniłam ogromny błąd i sama powinnam go naprawić. Jestem za niego odpowiedzialna. A Lucy nie jest niczemu winna. Tak naprawdę i ja i każdy inny postąpiłby tak jak ona. Odebrałam jej najwspanialszą szansę, którą mogła wykorzystać. Ale przyszłam ja i wszystko zepsułam. Jest mi przykro, smutno i wszystko co z tym związane na raz. Spojrzałam w niebo, aby nie dopuścić do wypłynięcia łez z moich oczu.
- Czemu twoja kuzynka sobie poszła? - zapytał stojąc tak jak wcześniej.
- Czekam na nią. - wymyśliłam na poczekaniu. - Poszła po... szczotkę chyba.
- Violu, ale ja widziałem. Bądź ze mną szczery. Ja też jestem człowiekiem i tak jak ty nie chcę być okłamywany. O co poszło?
Odwróciłam się w jego kierunku. Spojrzałam na jego niepokojącą twarz, która krzyczała "powiedz, powiedz". Pocałował mnie w czoło, aby dodać mi otuchy.
- Przepraszam! - wykrzyknęłam łamiącym głosem. - Nie chciałam psuć ci dobrego humoru. Skoro mam ci wyznać całą prawdę to poszło o ciebie. Wcześniej wmówiłam jej, że jesteś chamem po tym co powiedziałam Ludmile i zniechęciłam ją do ciebie. Ale kiedy wszystko mi wyjaśniłeś... Ona dowiedziała się, ze jesteśmy razem i się na mnie bardzo wkurzyła. Mówiła, że odebrałam jej ciebie. - spuściłam głowę.
- I tak wybrałbym tylko ciebie. Po za tym znam ją zaledwie kilka godzin. To nie miałoby sensu. - odpowiedział.
- Ale ona jest zła.
- I będziesz się teraz nią tak przejmować? Daj spokój. Nie myśl o tym, przejdzie jej. - dotknął palcem mojego nosa, a ja zaśmiałam się.
Objął mnie ramieniem i weszliśmy do środka. Podeszliśmy do rodziców Leona. Długie, jasnobrązowe włosy idealnie pasowały do seledynowej, prostej sukienki matki Leona. Zaś ojciec był ciemnym blondynem. Naturalnie miał na sobie białą koszule, krawat i marynarkę. Leon wziął mnie za rękę i mrugnął do mnie. Uśmiechnęłam się. Podeszliśmy bliżej do stołu.
- Mamo, tato chciałbym wam przedstawić Violettę, czyli dziewczynę, która skradła moje serce. Violu, to jest moja mama Victoria i tata Alejandro. - wskazał dłonią.
- Dzień dobry. - przywitałam się uśmiechnięta, ale zdenerwowana.
Wtuliłam się w ramię chłopaka, aby pozbyć się nieprzyjemnego stresu.
- Violetta jest córką Marii i Germana Castillo. - wytłumaczył.
- Aaa, Leon. Moje dziecko. - wykrzyknęłam kobieta.
Zerwała się z krzesła i wyściskała nas. Złapała moją dłoń i uśmiechnęła się przyjemnie.
- Kochanie, dbaj o niego, żeby nie robił głupstw. Wiesz jak to chłopcy. - zaśmiała się.
- Mamo... - jęknął Leon.
Klepnęłam go w ramię. Victoria podniosła ręce w geście obronnym i powróciła na miejsce nie zważając na mój gest.
- Gratuluję, - powiedział mile Alejandro i przytulił mnie i Leona jak swoje dzieci.
Następnie poszliśmy do moich rodziców. Przedstawiłam im Leona chociaż wcale nie musiałam, bo doskonale go znają.
- Leon, opiekuj się nią. Dbaj, żeby nic się jej nie stało i czuła się dobrze przez cały czas. Ufam ci. No, ale nie bój się mnie tak. - zaśmiał się poklepał go po plecach.
Mama zaczęła go przytulać, a mnie obcałowywać.
- Tak się cieszę. - powtarzała.
- Leon! - krzyczał Federico. - Gratuluję ci przyjacielu, gratuluję! - przybiegł z poślizgiem.
Zaśmialiśmy się.
- Ale jesteś farciarzem. Na mnie żadna nie leci. Co ze mną nie tak? - wybuchnęli śmiechem.
Chrząknęłam głośno, aby zwrócić na siebie uwagę.
- Co? - zapytał, a ja nie dowierzałam. - Aa, gratki. - powiedział po chwili i poszedł.
Przekręciłam oczami. Cały Federico. Powie coś i odejdzie bez słowa. Logika mojego brata.
Dzięki Leonowi wytrzymałam aż do trzeciej w nocy. Jak na moje możliwości to bardzo długo. Zasnęłam mu na kolanach z głową na jego ramieniu. Później pamiętam tylko, że wziął mnie na ręcę i wyszedł ze mną na dwór. Było mi zimno, dlatego przykrył mnie swoją marynarką. Zaniósł do domku i położył na łóżku. Pocałował w policzek i poszedł zostawiając mnie już śpiącą.
Rano obudziłam się o godzinie 13. Szybko zerwałam się z łóżka widząc, ze w domku nikogo nie ma. Zaczęłam się szykować do poprawin. Wyciągnęłam z małej, drewnianej szafy kremową sukienkę z różowymi elementami i weszłam z nią do łazienki. Przejrzałam się w lustrze i uśmiechnęłam się. Tak jak mówiła to kosmetyczka, makijaż wytrzymał mi do dzisiaj. Włosy podobnie, tylko trzeba było trochę je poprawić i gotowe. Wyszczotkowałam zęby, psiknęłam się perfumami i nałożyłam na usta kolejną warstwę szminki. Założyłam się sukienkę i obkręciłam się wokół własnej osi patrząc w lustro. Zjadłam przygotowane przez mamę kanapki z weselnego bufetu i wyszłam z domku. Zmrużyłam oczy czując na swojej twarzy rażące słońce. Zamknęłam drzwi na klucz i ruszyłam w stronę sali. Zostało dość sporo ludzi. Prawie wszyscy siedzieli przy altance i rozmawiali. Zza drzew czuć było dym z ogniska.
- Szykują się kiełbaski. - szepnęłam do siebie radośnie.
Nie zatrzymując się doszłam do budynku. Otworzyłam drzwi i znalazłam się w środku pośród kilkudziesięciu osób. Wzrokiem szukałam wiadomo kogo. Gdy go znalazłam zakradłam się za jego plecy i zakryłam dłońmi jego oczy. Odsłoniłam je i dałam mu buziaka w policzek zostawiając różowy, lekki ślad na jego policzku. Czule się w niego wtuliłam, a on oddał uścisk.
- Heej! - powiedział całując mnie we włosy.
- Cześć. - odpowiedziałam odsuwając się od niego.
- Jak się spało? - zapytał i uśmiechnął się.
- Bardzo dobrze, szczególnie w twoich ramionach. - zaśmiałam się.
- Ślicznie wyglądasz w tej sukience, ale... - zamilkł.
- Ale tamta była ładniejsza? - zapytałam lekko wkurzona.
Chociaż muszę przyznać, że tamta leżała na mnie lepiej. No, ale nie spodziewałam się, że mi to powie. No chamstwo w państwie. Muszę się przyzwyczaić, że nie zawsze będzie z nim tak kolorowo. Przecież to facet. A faceci są lekko świrnięci. A jak są świrnięci to robią głupie rzeczy. No, a jak robią głupie rzeczy to potem są kłopoty.
Kłopoty = policja, kara, kłótnia, koniec związku, przeprosiny i tak w kółko. Faceci...
- Nie. - wskazał wzrokiem na coś za mną.
Odwróciłam się. Moim oczom ukazała się Lucy. Uśmiechnęłam się niepewnie. Nie wiedziałam co mam zrobić. To była strasznie niezręczna sytuacja. Moje serce biło tak szybko jak tej nocy podczas naszego pierwszego pocałunku z Leonem. Chciałam tylko tego, żeby się uśmiechnęła, podała mi swoją rękę, przytuliła i powiedziała "nic się nie stało". Jednak to tylko marzenie. Ciężkie do spełnienia.
Szatynka postawiła pierwszy krok, drugi, trzeci, aż pojawiła się przy mnie o pięć centymetrów dalej. - Suka! - wyciągnęła dłoń i uderzyła nią w mój policzek po czym uciekła.
Otworzyłam buzie krzycząc z bólu. Złapałam się w obite miejsce i upadłam na ziemię. Okropny ból rozprzestrzenił się po całej twarzy. Tak, że rozbolała mnie głowa. Z moich oczu zaczął wypływać strumień łez. Leon kucnął przy mnie i mocno przytulił.
- Wszystko w porządku? - zapytał.
Ludzie przyglądali się całej sytuacji nie próbując nawet pomóc. To jest żałosne, jak tak można!?
Pokręciłam głową chcąc powiedzieć "nie". Spojrzał na mój czerwony jak pomidor policzek i pocałował go. Pomógł mi wstać. Załatwił od kelnera kostki lodu i przyłożył mi do rozżarzonego miejsca.
- Już dobrze?
- Tak, lepiej. Dziękuję. - uśmiechnęłam się.
Odwzajemnił gest. Wtuliłam się w jego silne ramiona widząc cały czas obraz wściekłej Lucy.
Taram taram taram!!! I jak? He he he, zła Lucy :D I ja też :P Ten rozdział jest dłuższy niż poprzedni :) Mam nadzieję, że się Wam spodoba i do zobaczenia! Wgl z tym, że oni się spotkają na weselu i się pocałują i będą razem... Wy to wszystko zgadliście, no! Mam kuźwa jakiś czytelników jasnowidzów xD A nie, Julka ty głupia dziewczynko. Ty masz takie durne pomysły, że można się było tego spodziewać -,-
Buziaczki, kocham Was mocno :*
Niunia Verdas
PS. Niedługo pojawi się ankieta. Chcę zobaczyć ile was jest :) To zajmuje tylko dwie sekundy, a dla mnie jest to bardzo ważne. Także zapraszam do głosowania :D
EDIT: Ankieta jest już na blogu na górze po prawej stronie ;) Zapraszam do głosowania!