27.11.2015
Rozdział 015 - Nie pogratulujesz?
Autor:
Unknown
15 komentarzy:
Violetta
Zadzwonił dzwonek. Nareszcie. Dlaczego akurat ja musiałam rozwiązać pięć zadań na tablicy? Spóźnienie nie jest żadnym argumentem. No, ale przynajmniej koniec na dzisiaj matematyki. Zamknęłam zeszyt i piórnik, po czym wrzuciłam wszystko do plecaka i jak poparzona wybiegłam z sali. Sama zaczęłam się z siebie śmiać. To chyba jedyne co dzisiaj poprawiło mi humor o 1%. Dotąd nienawidziłam dzwonków, bo to one zawsze kończą przerwy. Ale dzisiaj były wyjątkiem. Chciałam jak najprędzej znaleźć się w domu. Odstawiłam plecak pod ścianę i zeszłam po schodach do szatni. Następnie przeszłam obok pomieszczenia sprzątaczki, gdzie niedawno odkryłam kącik z wieszakami na zagubione rzeczy. Głębiej niski schowek. Postanowiłam tam wejść i posiedzieć do końca przerwy. Nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Odchyliłam kurtki i weszłam jedną nogą. Nagle poczułam rękę na swoim ramieniu. Po dotkniętym miejscu przeszedł mnie gorący, ale bardzo nieprzyjemny dreszcz. Czułam jak w moich oczach był strach, a moja twarz poczerwieniała. Przełknęłam głośno ślinę. Jak sprzątaczka mnie nakryje to będę mieć przerąbane. Przymknęłam oczy i odwróciłam się. Otworzyłam je.
- Szukasz czegoś? - zapytał się.
- L... Leon? Co ty tutaj robisz? Przepraszam bardzo, ale czy w tym momencie mnie śledzisz?! - krzyknęłam.
- Nie... Po prostu tędy przechodziłem i cię zobaczyłem. - tłumaczył się. - Violu, coś się stało? Rano byłaś... - zamyślił się. - inna niż zwykle.
- Taka jestem. Jeśli ci nie pasuję to proszę bardzo. Idź sobie. Zostaw mnie. Bo jestem inna niż ta, którą byś chciał widzieć! Przepraszam. - przeszłam obok niego zderzając się ramieniem o jego ramię i poszłam pod klasę.
Uch... Dlaczego za każdym razem kiedy chcę zostać sama mam tylko trudności? A Leon zawsze jest tam gdzie ja. To już się robi powoli wkurzające. No, bo wyobraźcie sobie jak ktoś ciągle za tobą łazi. Nic nie możesz zrobić, bo zaraz cię wypytuje: "Co się stało? Co tu robisz? Czemu tu przyszłaś". Pobiegłam na następną lekcję. Usiadłam obok Camili. Ona jedyna nic do mnie dzisiaj nie miała.
- Widziałaś zdjęcie Fran na Instagramie? - szepnęła.
Kiwnęłam głową. Zrobiłam podkówkę. Gdy dziewczyna to zobaczyła od razu mnie przytuliła.
- Nie przejmuj się nią. To wredna suka. - wymamrotała.
Zaśmiałam się. Uśmiechnęłam się do niej i powróciłam do monologu nauczycielki.
Nareszcie koniec. Między lekcjami starałam spędzać czas z Camilą. To na dzisiaj podniosła mnie na duchu, nie chciałam tego spieprzyć. Ale nie mogło się przecież tak skończyć. Na koniec uciekłam Camilii i wyszłam ze szkoły, a ona nadal mnie w niej szukała. Otuliłam się rękoma trzęsąc się z zimna. Jest czerwiec, ale nadal słońce nie chce wyjść zza tych czarnych chmur. Spokojnie szłam do domu, kiedy przede mną wyskoczył uśmiechnięty od ucha do ucha Verdas.
- Skarbie... Dlaczego mnie unikasz? Co się stało? - zapytał, a z jego twarzy zniknął uśmiech.
- Dlaczego od razu miałoby się coś stać? Masz ku temu jakieś powody? - mówiłam idąc dalej.
On podążał cały czas za mną w ciszy jakby zastanawiał się nad odpowiedzią. Zaczęło kropić, padać, a potem lać. Dopiero wtedy postanowił się odezwać.
- Wyszłaś z domu zdołowana, ubrana cała na czarno, w szkole mnie unikałaś, a teraz odnosisz się do mnie jakbyś nie miała ochoty ze mną rozmawiać. Powiedz co cię gnębi.
- Bo nie mam ochoty z tobą rozmawiać! - krzyknęłam.
- Dlaczego się na mnie wyżywasz? Coś ci zrobiłem?! - odkrzyknął.
Nie dopowiedziałam. Nie miałam żadnego wytłumaczenia. Miałam po prostu dosyć tego troszczenia się, użalania. Chcę być inna. Silna, odważna, niezależna od innych. Między nami była cisza, ale naprawdę słychać było uderzanie kropel deszczu o ziemię. Popatrzyłam na niego. Jego twarz nie pokazywała żadnych uczuć. Nic nie oznaczała. Czekał na moją odpowiedź. Nie odchodził, widać było, że zależy mu na mnie. Ale ja już nie chcę. Odwróciłam się na pięcie. Jeszcze chwila obrotu, a poślizgnęłabym się na błocie. Zachwiałam się i upadłam na Leona. Znowu? On jest wszędzie.
- Puść mnie! - krzyknęłam. - Słyszysz? Zostaw mnie!
Postawił mnie do pionu i nic nie mówiąc poszedł w drugą stronę. Ruszyłam do domu w innym kierunku. Co chwila się patrzyłam za siebie, ale on w ogóle się nie odwracał. Stało się to, czego pragnęłam. Spokoju. Co nie znaczy, że jest mi teraz tak dziwnie. On mnie unika. Stanęłam przed drzwiami. Głośno westchnęłam i nacisnęłam na klamkę. Weszłam do środka, a od progu naskoczył na mnie Federico i mocno przytulił.
- Siostra! Co tak długo? A, no tak, przecież Violcia chodzi do gimnazjum. Gdyby uczyła się w Studio kończyłaby o dwunastej! - krzyczał radośnie.
- Nie dobijaj. Ciesz się i nie wrzeszcz mi do ucha. - uśmiechnęłam się sztucznie i usiadłam na kanapie. Włączyłam jakiś kanał, na którym leciał film. Fede przeskoczył przez kanapę i usiadł obok mnie.
- Sorry, mała. Jest mecz. - powiedział zabierając mi pilota.
Przekręciłam teatralnie oczami i wstałam z mebla. Bliźniak złapał mnie lekko za nadgarstek i pociągnął w swoim kierunku.
- I oglądasz ze mną. Nie rozumiesz, ze to ważny moment dla naszych piłkarzy? Mogą przejść do mistrzostw! A jak przegrają... jak przegrają to osobiście tam pojadę i wygram ten mecz sam! - wykrzyczał podniecony.
- Co was ta piłka tak interesuje? Grają, bo to ich pasja. Co za różnica, czy wygrają, czy nie. Idę.
- Nie, zostajesz. - odpowiedział uśmiechnięty.
- Mam jutro sprawdzian z biologii. - wymyśliłam.
Westchnął. Chwyciłam plecak i przechyliłam się lekko pod wpływem ciężkości. Wczołgałam się po schodach i weszłam do pokoju.
- Robić lekcje, czy nie? - zapytałam siebie po cichu.
"Nie" - pomyślałam.
Spakowałam się i rzuciłam na łóżko.
Następnego dnia ponowie pojawiłam się w szkole. Chociaż w cale nie musiałam. To, że ciocia mogłaby mnie na tym przyłapać to akurat nie jest problem. Powłóczyłabym się po mieście. Może bym coś kupiła. Jest wiele lepszych rzeczy do robienia niż dzień w dzień łażenie w to samo miejsce. Codziennie widzisz te same twarze - te cioty i wiedźmy udające, że mają wiedzę, ale i tak każą nam odpowiadać. Uczysz się na nudnych lekcjach. Jedynie na chemii jest zabawnie. Nie ma to jak układać idiotyczne piosenki o nauczycielce z chemią do chemii.
Weszłam do klasy - spóźniona. Po drodze musiałam wstąpić do butiku. Nowa kolekcja, nie mogłam przeoczyć.
Rozejrzałam się. Nie ma Diego i dwa miejsca wolne. Jedno obok Michaela, a drugie obok Leona. Dlaczego? Ale okey, już wolę usiąść obok mojego "chłopaka". Zajęłam obok niego miejsce.
- Cześć. - wymamrotałam.
Nie odpowiedział, tylko patrzył się w swój zeszyt jak zaklęty. Westchnęłam i otworzyłam zeszyt. Wyjęłam z plecaka telefon i zasłoniłam go piórnikiem. Czułam na sobie wzrok Leona. Coś mu nie pasuje? Odblokowałam iPhona i weszłam na Facebooka. To jedyne co jest interesujące w ciągu tych 45 minut.
- Violetto, czytasz tekst w podręczniku? - przerwał mi nauczyciel.
Popatrzyłam na niego i skłamałam odważnie. Uśmiechnął się i zaczął sprawdzać obecność. Jest! Udało się! Leon patrzył na mnie podejrzanym wzrokiem. Jednak, gdy spojrzałam na niego, odwracał głowę w stronę okna. W pewnym momencie dostałam smsa. Spojrzałam na wiadomość.
Od Leon
Mam dosyć twojego zasranego zachowania. Zmieniłaś się, unikasz mnie. To KONIEC.
Zadzwonił dzwonek, a ja otworzyłam szeroko usta. Czułam jak oczy mi się zaszkliły. Spojrzałam nie dowierzając na chłopaka. Uśmiechnął się chytrze i wyszedł z klasy. Nie, nie, nie! To tak nie miało być! Leon pokazał mi trochę inny świat, lepszy. Wyszłam z ukrycia. To on mi pomógł. Ja chciałam tego i on także. Kochałam jego dotyk, głos, zapach i w jednej sekundzie to wszystko straciłam. Straciłam całe życie, cały świat. Ale skoro nie akceptuje mnie takiej, jakiej jestem to co ja będę się przejmować. Widocznie jest fałszywy i nie potrafi się szczerze zakochać. Przetarłam lekko oczy, aby nie zmyć makijażu. Spakowałam się i wróciłam do domu. Tak, wagaruję. Nie chce mi się siedzieć w tych czterech ceglanych ścianach. Śmierdzi tam, szkoła stara... A w domu przynajmniej nikogo nie będzie. Otworzyłam drzwi kluczem i weszłam do środka. Ściągnęłam buty, wyciągnęłam z szafki czekoladę i położyłam się na kanapie. Włączyłam telewizor na jakiś serial i zaczęłam oglądać. Wolne przez sześć godzin. Czego chcieć więcej?
Kilka dni później
Weszłam do szkoły po kilku dniowym urlopie, na który sobie sama pozwoliłam. Ciocia i brat o niczym nie wiedzą. Żyją w przekonaniu, że wszystko okey, chociaż jest bardzo dobrze; i, że codziennie pojawiam się w szkole. Totalnie zaskoczył mnie tłum nastolatków stojących przy szatni mojej klasy. Z trudem się przecisnęłam. Stałam w pierwszym "rzędzie" i patrzyłam przed siebie. Nie wierzę. Aż tak dużo mnie ominęło> Kiedy? Jak? Przecież to nie możliwe! Leon... Leon jest z Francesca?! Chciało mi się wymiotować na widok całujących się gołąbeczków. Po chwili się oderwali. Francesca spojrzała na mnie i do mnie podeszła. Miałam wielkie oczy z niedowierzania. Uśmiechnęła się i wyciągnęła z torebki małe, czarne zdjęcie. Podała mi je i położyła rękę na moim ramieniu. Wyprostowałam karteczkę i przypatrzyłam się dokładnie. Na czarnym tle była mała, biała plamka przypominająca malutkie dziecko jeszcze rozwijające się w łonie matki. Był to wynik USG. Przełknęłam głośno ślinę i spojrzałam zaszklonymi oczami na dwójkę. Patrzyłam się tak przez dłuższą chwilę.
- Nie pogratulujesz? - zapytała tuląc się do Leona.
Buahahaha!
Nagła zmiana akcji, co? :p Nie bijcie, proszę xD Leon zerwał z Violettą... przez smsa xD taa... Haha, leje z siebie. Mam coś nie tak w głowie, naprawdę :D
Mam nadzieję jednak, że rozdział się spodobał :) Czekam z radością na wasze opinie i do następnego!
Kocham,
Niunia ;*
20.11.2015
One Shot - "Nieszczęśliwy wypadek" cz. 3
Autor:
Karisia V-lover
6 komentarzy:
25 kwietnia 2015, środa, godzina 12:30
- Violetta, ona, jeszcze się nie wybudziła. Jej stan się pogorszył. - powiedział lekarz.
- A ta pacjentka, o której pan mówił to Violetta? - zapytał trzęsąc się German.
- Nie, to nie ona - Słysząc te słowa wszystkim spadł kamień z serca. - Przepraszam, jeżeli państwa przestraszyłem, ale nie miałem czasu na wyjaśnienia. Muszę już iść, do widzenia - odparł doktor, po czym wszedł do swojego gabinetu trzaskając głośno drzwiami.
W tym samym czasie kobieta, która spowodowała wypadek była przesłuchiwana na komisariacie komendy głównej.
- Jak to nie pani doprowadziła do wypadku. Na miejscu zdarzenia został znaleziony pański samochód. Rejestracja mówi sama za siebie. Jeżeli pani twierdzi, że nie spowodowała wypadku, to proszę powiedzieć co robiła pani we wtorek 24 kwietnia po godzinie 14? - pytał komendant prowadzący sprawę Violetty zmuszając kobietę do odpowiedzi. - Ja, ja, ja byłam w pracy - jąkała się Priscilla wpadając na pomysł kłamstwa, chcąc uniknąć kary którą najprawdopodobniej będzie więzienie.
- A kto może to potwierdzić? - pytał mężczyzna, ponieważ chciał sprawdzić alibi prawdopodobnej sprawczyni wypadku.
- Mój sze.. szef.. iiii koleżanki z pracy.. - matka Ludmiły Ferro cała się trzęsła ze strachu, bała się, że jej kłamstwa wyjdą na jaw.
- Dobrze my pojedziemy to sprawdzić a panią na razie wypuścimy do domu. Odwieziemy, a dom będzie pod nadzorem naszych policjantów. Do widzenia - odparł komendant po czym poszedł po swoich kolegów, każąc odwieźć kobietę i ją 'pilnować'. - Do widzenia - odpowiedziała sarkastycznie i wyszła z pokoju.
Kilka minut później mężczyzna ze swoimi podporządkowanymi policjantami byli na miejscu. Weszli do budynku i skierowali się w stronę gabinetu dyrektora firmy.
- Dzień dobry. Pan Paweł Witczak? Szef panny Priscilli Ferro?
- Tak to ja. W czym mogę pomóc? - oderwał się od wypełniania papierów, zdejmując okulary i spoglądając na mężczyzn ze zdziwieniem.
- Chcieliśmy się zapytać, czy potwierdzi pan obecność pani Ferro w pracy wczoraj około godziny 14 - tłumaczyli policjanci. - Niestety nie mogę tego potwierdzić. Przykro mi. Pani Priscilla jest na urlopie od 15 kwietnia aż do końca maja. Nie widziałem jej już od kilku dni - powiedział mężczyzna. - Czy mogę już wrócić do mojej pracy? - zapytał uprzejmie.
- Tak, to wszystko. Dziękujemy za informację. Do widzenia - podziękował komendant po czym obaj wyszli z gabinetu zamykając za sobą kulturalnie drzwi.
- Do widzenia - odparł zdenerwowany szef, a zaraz po tym na swój czubaty nos założył okulary.
Wsiadając do radiowozu jeden z policjantów wyciągnął telefon i wyszukał numer telefonu. "Cześć. Wszystko sprawdzone. Ferro nie było wczoraj w pracy ma urlop. Wszystko sprawdzone. Bierzcie ją i przyjeżdżajcie na komendę. Do zobaczenia. " Tak brzmiała rozmowa, a raczej monolog przez telefon. Pan Jabłońsky schował telefon i odpalił auto. Chwilę później wszyscy siedzieli już w pokoju na posterunku.
- Okłamała nas pani. Pan Paweł Witczak potwierdził naszą rację. Nie było pani wtedy w pracy. Ma pani urlop. Przez to kłamstwo czeka panią, niestety, większa kara. W piątek odbędzie się rozprawa w sądzie. Do tego czasu panią zatrzymujemy. Proszę ją zaprowadzić do celi.. - spojrzał do komputera - numer 8.
-A.. ale.. - próbowała wykrztusić coś kobieta. - Żadnych ale! Żegnam panią! - krzyknął komendant a ona została wyprowadzona. Z korytarza ciągle było słychać jej krzyki.
- Violetta, ona, jeszcze się nie wybudziła. Jej stan się pogorszył. - powiedział lekarz.
- A ta pacjentka, o której pan mówił to Violetta? - zapytał trzęsąc się German.
- Nie, to nie ona - Słysząc te słowa wszystkim spadł kamień z serca. - Przepraszam, jeżeli państwa przestraszyłem, ale nie miałem czasu na wyjaśnienia. Muszę już iść, do widzenia - odparł doktor, po czym wszedł do swojego gabinetu trzaskając głośno drzwiami.
W tym samym czasie kobieta, która spowodowała wypadek była przesłuchiwana na komisariacie komendy głównej.
- Jak to nie pani doprowadziła do wypadku. Na miejscu zdarzenia został znaleziony pański samochód. Rejestracja mówi sama za siebie. Jeżeli pani twierdzi, że nie spowodowała wypadku, to proszę powiedzieć co robiła pani we wtorek 24 kwietnia po godzinie 14? - pytał komendant prowadzący sprawę Violetty zmuszając kobietę do odpowiedzi. - Ja, ja, ja byłam w pracy - jąkała się Priscilla wpadając na pomysł kłamstwa, chcąc uniknąć kary którą najprawdopodobniej będzie więzienie.
- A kto może to potwierdzić? - pytał mężczyzna, ponieważ chciał sprawdzić alibi prawdopodobnej sprawczyni wypadku.
- Mój sze.. szef.. iiii koleżanki z pracy.. - matka Ludmiły Ferro cała się trzęsła ze strachu, bała się, że jej kłamstwa wyjdą na jaw.
- Dobrze my pojedziemy to sprawdzić a panią na razie wypuścimy do domu. Odwieziemy, a dom będzie pod nadzorem naszych policjantów. Do widzenia - odparł komendant po czym poszedł po swoich kolegów, każąc odwieźć kobietę i ją 'pilnować'. - Do widzenia - odpowiedziała sarkastycznie i wyszła z pokoju.
Kilka minut później mężczyzna ze swoimi podporządkowanymi policjantami byli na miejscu. Weszli do budynku i skierowali się w stronę gabinetu dyrektora firmy.
- Dzień dobry. Pan Paweł Witczak? Szef panny Priscilli Ferro?
- Tak to ja. W czym mogę pomóc? - oderwał się od wypełniania papierów, zdejmując okulary i spoglądając na mężczyzn ze zdziwieniem.
- Chcieliśmy się zapytać, czy potwierdzi pan obecność pani Ferro w pracy wczoraj około godziny 14 - tłumaczyli policjanci. - Niestety nie mogę tego potwierdzić. Przykro mi. Pani Priscilla jest na urlopie od 15 kwietnia aż do końca maja. Nie widziałem jej już od kilku dni - powiedział mężczyzna. - Czy mogę już wrócić do mojej pracy? - zapytał uprzejmie.
- Tak, to wszystko. Dziękujemy za informację. Do widzenia - podziękował komendant po czym obaj wyszli z gabinetu zamykając za sobą kulturalnie drzwi.
- Do widzenia - odparł zdenerwowany szef, a zaraz po tym na swój czubaty nos założył okulary.
Wsiadając do radiowozu jeden z policjantów wyciągnął telefon i wyszukał numer telefonu. "Cześć. Wszystko sprawdzone. Ferro nie było wczoraj w pracy ma urlop. Wszystko sprawdzone. Bierzcie ją i przyjeżdżajcie na komendę. Do zobaczenia. " Tak brzmiała rozmowa, a raczej monolog przez telefon. Pan Jabłońsky schował telefon i odpalił auto. Chwilę później wszyscy siedzieli już w pokoju na posterunku.
- Okłamała nas pani. Pan Paweł Witczak potwierdził naszą rację. Nie było pani wtedy w pracy. Ma pani urlop. Przez to kłamstwo czeka panią, niestety, większa kara. W piątek odbędzie się rozprawa w sądzie. Do tego czasu panią zatrzymujemy. Proszę ją zaprowadzić do celi.. - spojrzał do komputera - numer 8.
-A.. ale.. - próbowała wykrztusić coś kobieta. - Żadnych ale! Żegnam panią! - krzyknął komendant a ona została wyprowadzona. Z korytarza ciągle było słychać jej krzyki.
26 kwietnia 2015, czwartek, godzina 10:30
Maria i German przyszli do szpitala. Lekarz prowadzący Violettę zaprosił ich do swojego gabinetu.
- Proszę, usiądźcie. Mam dla was wiadomość. Stan Violetty się polepszył. Jednak nadal się nie wybudziła. Ze wszystkich wyników które otrzymujemy wychodzi na to, że dziś już powinna się wybudzić - mówił mężczyzna zadowolony ze swojej pracy.
- Bogu dzięki że wszystko jest dobrze! - wybuchła nagle matka nastolatki. Na jej twarzy pojawił się uśmiech.
- Ale.. - rodzice spojrzeli na lekarza. Zbladli. - jak to się nie stanie w ciągu 24 godzin, coś złego jest na rzeczy.
- A czy możemy ją zobaczyć, wejść do niej? - pytał ojciec dziewczyny. - Panienka Castillo jest teraz na oddziale intensywnej terapii. Nie można tam wchodzić, ale możecie państwo popatrzeć na nią przez szybę. Jeżeli stan będzie bardzo dobry, co, miejmy nadzieję, nastąpi już niedługo będziecie mogli do niej wejść. Proszę za mną - wszyscy wyszli z pokoju i poszli za ordynatorem do dziewczyny.
- Tutaj leży Violetta. Mogą państwo tutaj zostać ile chcą. Ja idę na obchód. Potem tutaj wrócę. Do zobaczenia - powiedział z uśmiechem i odszedł.
- Moja kochana córka. Jak ona wygląda. Cała podrapana. Poobijana. Oby było z nią wszystko dobrze. - Maria zaczęła płakać. Bała się, że to "ale" lekarza jest jak najbardziej możliwe.
Stali i przyglądali się nieruchomej Violettcie kilkanaście minut. Nagle zaczęło dziać się coś dziwnego, zarazem strasznego. Jej powieki zaczęły się podnosić, a oczy stawały się widoczne. Zaraz potem znów się zamknęły. A jej ciało zaczęło się dziwnie telepać i podskakiwać. Słychać było tylko głośne pipczenie i szybkie uderzenia serc rodziców pacjentki. Szybko zjawił się lekarz wraz z pielęgniarkami. Zza szyby słychać było głośne krzyki i panikę.
- Tracimy ją!
- Spada ciśnienie!
- Dawać adrenalinę!
- Strzelam!
- Biegnij po doktora Kowalskiego!
- Jak saturacja?
- Jest źle, coraz gorzej!
Słysząc te słowa panika rodziców wzrastała. Telepali się. Słone łzy spływały po policzkach matki nastolatki. German ją przy tulił.
- Będzie dobrze, Violetta przeżyje - pocieszał ją, chodź sam w duchu myślał o najgorszym. Bał się że straci swoja córkę. Jedyną najukochańszą córkę. Ani się obejrzeli minęło 30 minut. Pielęgniarki dalej robiły coś przy dziewczynie. Lekarz wyszedł, podszedł wolno, zmartwiony do państwa Castillo. Wyczuwali najgorsze. Wszyscy troje byli bladzi.
- Violetta, trudno mi to mówić.. - po obu rodzicach spływały ogromne łzy rozpaczy. - ona nie żyje - Słysząc te słowa załamali się. "Jak to. Dlaczego akurat ona? Taka świetna dziewczyna. Nie to nie może być prawda" te myśli jeszcze bardziej przygnębiały. - robiliśmy wszystko co mogliśmy. Niestety się nie udało. Jej serce się zatrzymało.?
- Pójdę zadzwonić do Federico - oznajmił ojciec panny Castillo i wyszedł na zewnątrz.
Nie przechodziła przez niego myśl, ze już nigdy nie usłyszy jej głosu, nie zobaczy jej uśmiechu, nie poczuje jej uścisku.
- Federico, Violetta nie żyje. Zmarła przed chwilą. Przyjedź do szpitala, proszę - mówił do telefonu - Halo? Fede? Wszystko w porządku? - Taakkk - zamarł. Nie wierzył w to co słyszy. Zaraz potem zamówił taksówkę i przyjechał do szpitala.
Poszedł do pokoju dr. Jabłońskiego. - Gdzie jest Violetta? Mogę się z nią pożegnać? - napadł na lekarza.
- Tak, tak, proszę za mną. Już prowadzę.
Doszli do miejsca, gdzie znajduje się nastolatka. Na korytarzu nadal znajdowali się German i Maria.
- Dobrze, że jesteś - rzekła zapłakana kobieta i przytuliła chłopaka. Przez napływ emocji on też się rozpłakał. W końcu utrata ukochanej i bliskiej osoby bardzo boli.
- Czy mogę tam wejść? - zapytał młodzieniec zwracając się do lekarza, który stał obok i się im przyglądał. - Na chwilkę.
- Tak proszę. Na 5 minut maksymalnie - po tych słowach otworzył drzwi, a gdy chłopak wszedł stanął obok rodziców przy dużej szybie dzięki której mogli ich obserwować.
- Cześć kochanie - rzekł do niej ledwo przełykając ślinę.
Siadł na białym stołku przy łóżku. Złapał jej już lekko wychłodzoną rękę i przytulił. Po chwili odłożył ją przejeżdzając delikatnie palcem po jej delikatnym policzku. Następnie wstał, pochylił się nad nią, zbliżył swoje czerwone usta i ją pocałował. Po kilku sekundach stało się coś niesamowitego. Violetta się obudziła! Otworzyła oczy i uśmiechnęła do swojego chłopaka..
Maria i German przyszli do szpitala. Lekarz prowadzący Violettę zaprosił ich do swojego gabinetu.
- Proszę, usiądźcie. Mam dla was wiadomość. Stan Violetty się polepszył. Jednak nadal się nie wybudziła. Ze wszystkich wyników które otrzymujemy wychodzi na to, że dziś już powinna się wybudzić - mówił mężczyzna zadowolony ze swojej pracy.
- Bogu dzięki że wszystko jest dobrze! - wybuchła nagle matka nastolatki. Na jej twarzy pojawił się uśmiech.
- Ale.. - rodzice spojrzeli na lekarza. Zbladli. - jak to się nie stanie w ciągu 24 godzin, coś złego jest na rzeczy.
- A czy możemy ją zobaczyć, wejść do niej? - pytał ojciec dziewczyny. - Panienka Castillo jest teraz na oddziale intensywnej terapii. Nie można tam wchodzić, ale możecie państwo popatrzeć na nią przez szybę. Jeżeli stan będzie bardzo dobry, co, miejmy nadzieję, nastąpi już niedługo będziecie mogli do niej wejść. Proszę za mną - wszyscy wyszli z pokoju i poszli za ordynatorem do dziewczyny.
- Tutaj leży Violetta. Mogą państwo tutaj zostać ile chcą. Ja idę na obchód. Potem tutaj wrócę. Do zobaczenia - powiedział z uśmiechem i odszedł.
- Moja kochana córka. Jak ona wygląda. Cała podrapana. Poobijana. Oby było z nią wszystko dobrze. - Maria zaczęła płakać. Bała się, że to "ale" lekarza jest jak najbardziej możliwe.
Stali i przyglądali się nieruchomej Violettcie kilkanaście minut. Nagle zaczęło dziać się coś dziwnego, zarazem strasznego. Jej powieki zaczęły się podnosić, a oczy stawały się widoczne. Zaraz potem znów się zamknęły. A jej ciało zaczęło się dziwnie telepać i podskakiwać. Słychać było tylko głośne pipczenie i szybkie uderzenia serc rodziców pacjentki. Szybko zjawił się lekarz wraz z pielęgniarkami. Zza szyby słychać było głośne krzyki i panikę.
- Tracimy ją!
- Spada ciśnienie!
- Dawać adrenalinę!
- Strzelam!
- Biegnij po doktora Kowalskiego!
- Jak saturacja?
- Jest źle, coraz gorzej!
Słysząc te słowa panika rodziców wzrastała. Telepali się. Słone łzy spływały po policzkach matki nastolatki. German ją przy tulił.
- Będzie dobrze, Violetta przeżyje - pocieszał ją, chodź sam w duchu myślał o najgorszym. Bał się że straci swoja córkę. Jedyną najukochańszą córkę. Ani się obejrzeli minęło 30 minut. Pielęgniarki dalej robiły coś przy dziewczynie. Lekarz wyszedł, podszedł wolno, zmartwiony do państwa Castillo. Wyczuwali najgorsze. Wszyscy troje byli bladzi.
- Violetta, trudno mi to mówić.. - po obu rodzicach spływały ogromne łzy rozpaczy. - ona nie żyje - Słysząc te słowa załamali się. "Jak to. Dlaczego akurat ona? Taka świetna dziewczyna. Nie to nie może być prawda" te myśli jeszcze bardziej przygnębiały. - robiliśmy wszystko co mogliśmy. Niestety się nie udało. Jej serce się zatrzymało.?
- Pójdę zadzwonić do Federico - oznajmił ojciec panny Castillo i wyszedł na zewnątrz.
Nie przechodziła przez niego myśl, ze już nigdy nie usłyszy jej głosu, nie zobaczy jej uśmiechu, nie poczuje jej uścisku.
- Federico, Violetta nie żyje. Zmarła przed chwilą. Przyjedź do szpitala, proszę - mówił do telefonu - Halo? Fede? Wszystko w porządku? - Taakkk - zamarł. Nie wierzył w to co słyszy. Zaraz potem zamówił taksówkę i przyjechał do szpitala.
Poszedł do pokoju dr. Jabłońskiego. - Gdzie jest Violetta? Mogę się z nią pożegnać? - napadł na lekarza.
- Tak, tak, proszę za mną. Już prowadzę.
Doszli do miejsca, gdzie znajduje się nastolatka. Na korytarzu nadal znajdowali się German i Maria.
- Dobrze, że jesteś - rzekła zapłakana kobieta i przytuliła chłopaka. Przez napływ emocji on też się rozpłakał. W końcu utrata ukochanej i bliskiej osoby bardzo boli.
- Czy mogę tam wejść? - zapytał młodzieniec zwracając się do lekarza, który stał obok i się im przyglądał. - Na chwilkę.
- Tak proszę. Na 5 minut maksymalnie - po tych słowach otworzył drzwi, a gdy chłopak wszedł stanął obok rodziców przy dużej szybie dzięki której mogli ich obserwować.
- Cześć kochanie - rzekł do niej ledwo przełykając ślinę.
Siadł na białym stołku przy łóżku. Złapał jej już lekko wychłodzoną rękę i przytulił. Po chwili odłożył ją przejeżdzając delikatnie palcem po jej delikatnym policzku. Następnie wstał, pochylił się nad nią, zbliżył swoje czerwone usta i ją pocałował. Po kilku sekundach stało się coś niesamowitego. Violetta się obudziła! Otworzyła oczy i uśmiechnęła do swojego chłopaka..
Ta dam! Oto 3 część mojego osa! Jestem mega zadowolona z końcówki :D Poryczałam się to pisząc, naprawdę. Awww <3 I ta moja wyobraźnia, wszystko widziałam w głowie ^^ Mam nadzieję, że Wam też się podoba :) Do następnej części ;*
Subskrybuj:
Posty (Atom)



